Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 czerwca 2013

Izulkowa gadanina o... wycieczce do Krakowa i komersie

Jak widzicie niewielka zmiana zagościła na blogu. Nic poważnego, tylko zmiana kolorów, ale skoro i tak byłam zmuszona do zabawy z szablonem od postaw to stwierdziłam, że chociaż tyle zmienię :) Bo może wiecie, a może nie wiecie, ale od jakiegoś tygodnia walczę z ustawieniami mojego bloga. A zachciało mu się świrować. W szczegóły nie będę się wgłębiać, najważniejsze, że wszystko już jest w porządku. 
W każdym razie dzisiaj nie przygotowałam dla was nic wyjątkowego, będzie tylko gadanina. Bo trochę się działo u mnie ostatnio.

1. Pakowanie - czy tylko ja zawsze biorę wszystkiego za dużo? :D / 
2 i 3. Opera Krakowska - Trubadur
4. Przepyszny deser lodowy
5. Osiedle mojej cioci
6. Jedyny zakup jaki przywiozłam z Krakowa, książka :D

A bo i byłam w Krakowie. Tak, było to tydzień temu, ale jakoś nie miałam okazji żeby wam się pochwalić co robiłam. A spędziłam naprawdę świetne trzy dni u mojej cioci. Chociażby pierwszy raz w życiu byłam w... operze, a konkretniej na Trubadurze. I powiem wam, że naprawdę jestem pod ogromnym wrażeniem.  Tego po prostu nie da się opisać słowami. Co prawda miałam małe problemy z nadążaniem za tekstem (opera śpiewana była w oryginalnym języku z wyświetlanymi polskimi napisami) przez małe problemy z oczami nieprzyzwyczajonymi do całego dnia w soczewkach, ale i tak jestem zachwycona. Szczerze to nie sądziłam, że tak bardzo mi się ta forma kultury spodoba. I jestem pewna, że jeśli tylko będę mieć okazję wybiorę się kiedyś ponownie. Niestety nie jest to tania forma spędzenia wolnego czasu, ale raz na jakiś czas myślę, że można sobie pozwolić :)

A poza operą postawiłyśmy też na coś bardziej klasycznego, a konkretnie na... kino ;) I zdecydowanie wybiłyśmy się wśród ludzi aktualnie decydujących się na seanse, bo nie poszłyśmy ani na "Wielkiego Gatsby'ego", ani na "Kac Vegas 3". Obejrzałyśmy... "Uciekiniera". O filmie powiem więcej w którymś z następnych postów (planowana notka o ostatnio obejrzanych filmach :)) w każdym razie my byłyśmy zachwycone. Trzymał w napięciu, niezwykle ciekawił, ja wkręciłam się w akcje niesamowicie. A z kina wyszłam z... żalem, że to koniec. Naprawdę jeden z lepszych filmów jaki ostatnio widziałam (no dobra nie widziałam ich ostatnio za wiele :D). A jako bonus dodam, że pierwszy raz w życiu spotkała mnie sytuacja, żeby nikogo nie było w sali kinowej. Bowiem prócz mojej cioci i mnie na tymże seansie nie było nikogo :D Cóż, mogłyśmy się poczuć jak vipy i mieć całą sale dla siebie :D

A poza tym co. Zjadłam przepyszną pizzę, deser lodowy i obiad w Sphinxie. Poczułam jak to jest żyć w wielkim mieście w czasie upałów... i uświadomiłam sobie jak bardzo jest kiepsko z moją orientacją w terenie :D Naprawdę ja nie wiem co to będzie jak już pójdę na te studia i zamieszkam w Krakowie. Zgubię się pewnie przy najbliższej okazji. A skąd ta pewność? Sześć razy wracałam na osiedle mojej cioci z tramwaju... za każdym razem nie wiedziałam w którą stronę iść :D Ofiara losu ze mnie koszmarna :D

1. Przed wyjściem :)
2 i 3. Dekoracje na komersie

A ten weekend miałam równie intensywny. Wczoraj bowiem byłam na... komersie w gimnazjum ^^ Co prawda ja miałam szesnaście lat jakiś czas temu, ale jest jeszcze moja młodsza siostra która we wrześniu idzie już do szkoły średniej. I wczoraj miała swój bal ;) Oj, ile ja się na ten temat usłuchałam w ostatnim tygodniu. Nie tylko od siostry, ale i od mamy która zarządzała całymi przygotowaniami. A skończyło się tak, że i ja tam wylądowałam. Miałam niby iść tylko na godzinkę, nakręcić poloneza i porobić kilka grupowych zdjęć... Cóż. Z godziny zrobiło się... pięć godzin, a ja robiłam nie tylko za fotografa, ale i kelnerkę i pomoc kuchenną. I powiem wam, że dawno nie wróciłam taka zmęczona jak wczoraj. Nie dość, że pogoda była parna, to ja jeszcze większość czasu spędzałam goniąc z dusznej sali gimnastycznej do gorącej kuchni (do tego w sandałach nie do końca przystosowanych do takiej ilości chodzenia :D). Mówię wam, wróciłam do domu padnięta, z pęcherzami na stopach i cała mokra. Ale zdjęcia wyszły w miarę okey (ja tam jestem średnio zadowolona, ale siostra zachwycona :D), komers się udał, a ja objadłam się lodów i pogadałam z dawno nie widzianą kumpelą (którą mama też wrobiła w pomoc). Czyli nie najgorzej :)

Wiem że niektórzy nie lubią takich moich długich gadanin, ale ja potrzebuje czasem czegoś takiego ;) W każdym razie w najbliższych postach mini recenzje ostatnio obejrzanych filmów i być może przeczytanych książek. Jeszcze się zobaczy. A tymczasem ja uciekam. Czeka na mnie jeszcze ponad dwieście zdjęć z komersu do obróbki :D Coś czuję, że ręka mi wkrótce odpadnie.
Pozdrawiam ciepło.